RSS
piątek, 12 lutego 2010
Subiektywnie, przeglądowo -> Formuła 1 w sezonie 2010, Part 1.

To już mniej niż miesiąc. Zaledwie tyle dzieli nas od rozpoczęcia kolejnego sezonu zmagań kolorowego cyrku F1  na torach całego świata. Prawda, że zleciało to całkiem szybko?  Wpływ na to miał chyba najciekawszy od wielu lat silly season, dzięki któremu łatwiej nam było trwać najpierw w oczekiwaniu na prezentacje, trwające testy, a w dalszej perspektywie na pierwszą piątkową sesję treningową na torze Sakhir, która z każdą chwilą zbliża się nieuchronnie. Co sprawia, że czekam na ten sezon wyjątkowo niecierpliwie, chyba bardziej niż kiedykolwiek? Czynników jest wiele. Począwszy od aspektów regulaminowych ( m.in. zakaz tankowania, nowa punktacja, kwestia opon czołowych kierowców w kwalifikacjach), poprzez powrót Schumachera, 26 bolidów (oby! Sprężać się w tym Camposie i Ameryce, jeśli nie Wy to Stefan już czeka! ) na torze, zmiana barw przez miłościwie panującego nam mistrza świata Jensona Buttona,  arcyciekawie zapowiadający się pojedynek w pełni niemieckiego Mercedesa, z w pełni brytyjskim McLarenem i „latynoskim” Ferrari, kilka nowych ekip, powrót jakże ważnego dla nas GP Kanady do kalendarza, a przede wszystkim – Robert w Renault. To wszystko sprawia, że z dnia na dzień odrywającemu kartki z kalendarza maniakowi F1 usta rozchylają się w coraz szerszym uśmiechu.

Zgodnie z filozofią tego bloga, a więc niesieniem Formuły 1 masom, pragnę przedstawić dziś obiekty pożądania każdego kierowcy wyścigowego, dzieła wielomiesięcznych prac projektantów, inżynierów i setek ludzi w fabrykach. Obok kierowców, głownych aktorów widowiska zwanego wyścigami samochodowymi.  Bez zbędnego przedłużania – oto pierwsza część przeglądu zespołów i ich bolidów Anno Domini 2010.

 

Mercedes GP

Bolid : MercedesW01

Silnik : Mercedes Benz FO108X  2,4 l  V8

Mercedes W01, źródło: f1.pl

Kierowcy : Michael Schumacher, Nico Rosberg (obaj Niemcy)

Tester: Nick Heidfeld (Niemcy)

Szef zespołu : Ross Brawn (Wielka Brytania)

Siedziba : Brackley (Wielka Brytania) / Stuttgart (Niemcy)

 

Subiektywna ocena za wrażenia estetyczne : 7/10

Wróżka Elwira przewiduje :  Walka o pudła.

Czego tylko dotknie się Ross Brawn, to prędzej czy później zamienia się w złoto. A któż o tym może wiedzieć lepiej od Michaela Schumachera? Po przezwyciężeniu bólu karku, który uniemożliwił Schumiemu powrót w 2009 roku, 41-letni Niemiec wraca do stawki, mając za partnera Nico Rosberga. Jak sam mówi, w tym sezonie nie liczy na walkę o ósmy mistrzowski tytuł, a raczej na „regularne, duże punkty”. Mecedes jako team fabryczny wraca do F1 po 55 latach.  To w barwach zespołu Mercedes –Benz dwa spośród swoich pięciu tytułów MŚ zdobył legendarny Juan Manuel Fangio. Czy geniusz Rossa Brawna pozwoli wrócić „srebrnym strzałom” od razu na szczyty? Wątpliwe, choć prawdopodobne.

 

Scuderia Ferrari

Bolid: Ferrari F10

Silnik : Ferrari 056  2,4 l  V8

 

Ferrari F10

Kierowcy : Fernando Alonso (Hiszpania), Felipe Massa (Brazylia)

Testerzy : Giancarlo Fisichella, Luca Badoer (obaj Włochy), Marc Gene (Hiszpania)

Szef zespołu: Stefano Domenicali (Włochy)

Siedziba : Maranello (Włochy)

 

Subiektywna ocena za wrażenia estetyczne: 7/10

Wróżka Elwira przewiduje :  Faworyt do tytułu.

O zeszłym roku Ferrari chciałoby pewnie jak najszybciej zapomnieć. Ledwie jedna wygrana w całym sezonie i ostatecznie miejsce poza podium klasyfikacji konstruktorów – to nie przystoi takiej ekipie. Tym bardziej zdeterminowani są Włosi, by w tym roku powrócić na szczyt. Ma w tym pomóc przede wszystkim pozyskanie Fernando Alonso, wraz z którym do Maranello zawitał potężny sponsor w postaci hiszpańskiego banku Santander, co w znaczny sposób odbiło się na tegorocznym malowaniu bolidu. Co bardzo cieszy, do pełni zdrowia wrócił Felipe Massa. Stosunkowo szybkie odpuszczenie zeszłego sezonu pozwoliło ekipie bardziej skupić się nad projektem F10, co powinno dać dobre rezultaty w tym roku. Ferrari po prostu MUSI być konkurencyjne, walczyć o tytuł, a najlepiej go zdobyć. Zeszły sezon nauczył wszystkich, że nawet najmniej prawdopodobne rozwiązania mogą w tym sporcie mieć miejsce i nic nie można przyjmować za pewnik. Niemniej jednak sezon podobny do poprzedniego, byłby dla Ferrari katastrofą.

 

Vodafone McLaren

Bolid : McLaren MP4-25

Silnik : Mercedes-Benz FO108X  2,4 l  V8

 

McLaren M4-25

Kierowcy : Lewis Hamilton, Jenson Button (obaj Wielka Brytania)

Tester: Gary Paffett (Wielka Brytania)

Szef zespołu : Martin Whitmarsh (Wielka Brytania)

Siedziba : Woking (Wielka Brytania)

 

Subiektywna ocena za wrażenia estetyczne: 9/10

Wróżka Elwira przewiduje :  Będą siedzieć Ferrari na ogonie.

Brytyjska alternatywa dla Mercedesa GP. Dwaj brytyjscy mistrzowie świata z ubiegłych lat na pewno poważnie myślą o przedłużeniu tej serii.  Ekipa z Woking pozostawiła po sobie dobre wrażenie w zeszłym roku, nie odpuszczając przegranego już na starcie sezonu. Cierpliwą, sumienną, całoroczną pracą nad samochodem z ogona stawki przebili się na jej czoło, wygrywając na Hungaroring i w Singapurze, tym samym pozbawiając Ferrari miejsca na podium w klasyfikacji konstruktorów. Oczywiście nie oznacza to, że stajnia zaniechała kosztem tego prac nad MP4-25. Jeśli bolid będzie tak szybki, jak dobrze się prezentuje, to o wyniki mozna być spokojnym.

 

Renault F1

Bolid : Renault R30

Silnik: Renault RS27-2010  2,4 l  V8

 

Renault R30

 

Kierowcy: ROBERT KUBICA (POLSKA), Vitaly Petrov (Rosja)

Testerzy: Ho – Pin Tung (Chiny), Jerome d’Ambrosio (Belgia), Jan Charouz (Czechy)

Szef zespołu : Eric Boullier (Francja)

Siedziba : Enstone (Wielka Brytania)

 

Subiektywna ocena za wrażenia estetyczne : 8/10

Wróżka Elwira przewiduje :  Środek stawki, regularne punkty Roberta.

Z oczywistych względów, polskiego kibica ten zespół interesuje najbardziej. Drżelismy, gdy w siedzibie Renault pod koniec grudnia zapadały decyzje, co do pozostania, bądź powiedzenia pas. Potem zadawaliśmy sobie pytanie – kto obok Roberta? Czy znów sąsiadem Polaka w garażu będzie niemiecki wyrobnik Heidfeld? A może powiązany z nowymi udziałowcami zespołu z Enstone Chińczyk Tung? Na taki eksperyment się jednak nie zdecydowano. Wicemistrz serii GP2, „Rakieta z Wyborga” Vitaly Petrov i jego 15 (?) milionów Euro dołączyli  do francuskiego zespołu (Petrov dołączył, a czy kasa też.... Spekulacje trwają).  Nie wiem dlaczego, ale mam pewne obawy co do tego auta. Niby Robert jest zadowolony jak rzadko kiedy, ale już o interpretację wypowiedzi szefostwa zespołu jest znacznie trudniej. Obym nie był złym prorokiem, a Renault spisywało się znacznie lepiej niż BMW w 2009 roku.

 

Red Bull Racing

Bolid : Red Bull RB6

Silnik : Renault RS27-2010 2,4l V8

 

Red Bull RB6

Kierowcy : Sebastian Vettel (Niemcy), Mark Webber (Australia)

Testerzy : Brendon Hartley (Nowa Zelandia), Daniel Ricciardio (Australia) – obaj także w Toro Rosso.

Szef zespołu : Christian Horner (Austria)

Siedziba : Milton Keynes (Wielka Brytania)

 

Subiektywna ocena za wrażenia estetyczne : 7/10

Wróżka Elwira przewiduje : Trzecia siła.

Sezon 2009 z całą pewnością mogł zadowolić Dietriecha Mateschitza i cały jego zespół. Fantastyczna konstrukcja Adriana Newey’a pozwoliła zespołowi ze środka stawki zacząć odgrywać czołową rolę w mistrzostwach. Nic więc dziwnego, że zespół powstały na bazie Jaguara jest jednym z głównych faworytów do walki o tytuły w roku obecnym. Nie poczyniono żadnych zmian wśród kierowców, bo i nie było takiej potrzeby. Sebastian Vettel udowodnił swoją wartość i ogromne umiejetności. Doświadczony Mark Webber, mimo ciężkiego wypadku w zimie do sezonu był przygotowany wspaniale, na tyle, że wygrał swoje pierwsze wyścigi w karierze. W sezonie 2010 arcyciekawie zapowiada się rywalizacja w czubie stawki, a czarnym koniem tej walki (nie wiem, czy to stosowne określenie wobec zeszłorocznych wyników) będzie Red Bull. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że będą szybcy.

 

Była to pierwsza część przeglądu ekip F1’2010. Wszelkie dywagacje, typy, oceny są subiektywnym zdaniem autora. Nie zgadzasz się? Zostaw komentarz, przedstaw w nim swoje poglądy. Kolejna część dotycząca pozostałych ekip ukaże się w najblizszych dniach, więc serdecznie zapraszam!

piątek, 05 lutego 2010
Guess who's back!

Tytuł notki jest dziś wyjątkowo trafny, a także uniwersalny. Mamy początek lutego, co dla teamów F1 oznacza, że czas ukazać światu efekt ciężkich, wielomiesięcznych, okrytych ścisłą tajemnicą prac w fabrykach do nich należących. Jesteśmy już także po pierwszych testach na torze Ricardo Tormo nieopodal Walencji, w których uczestniczyło 7 zespołów. Za niecały tydzień na obiekcie w Jerez frekwencja będzie jeszcze większa, a zatem niewiadomych coraz mniej. Zatem powoli wdrażając się w wyścigową atmosferę, zastanawiając się nad osiągami bolidu R30 i oczekując na to, czy Adriana Camposa i jego zespół w stawce F1 zastapi Zoran Stefanovic ze swoim Stefan Grand Prix, czas odświeżyć także tego bloga. Jeśli nie wystąpią jakieś nieprzewidziane okoliczności, notki powinny ukazywać się na nim regularnie, w tygodniowych odstępach.

Jak wspomniałem wcześniej, tytuł notki jest uniwersalny. Odnosi się on nie tylko do powrotu bolidów na tory, nie tylko do powrotu tego bloga, ale także do wydarzenia, którym na pewno w jakimś stopniu żyje każdy fan F1. Michael Schumacher wraca. Choć nawet dziś, ciężko jest to przyjąć niektórym do wiadomości, to nie są już tylko krążące w roku 2009 po padocku plotki a fakt. I nie wierzę, że ktokolwiek zainteresowany Formułą 1, nie będzie zwracał nieco baczniejszej uwagi choćby na czasy pojedynczych okrążeń uzyskiwanych przez 7-krotnego mistrza świata. Bo z tym automatycznie wiąże się powrót kogoś tak wielkiego, utytułowanego, po prostu - legendy. Bo choć Schumi należy do wąskiego grona sportowców, których albo się kocha, albo nienawidzi, to osiągnięć, zasług, umiejętności odmówić mu nijak nie można i szanować go trzeba.

Takich wielkich powrotów w historii najnowszej sportu było wiele, choć zaledwie kilka mogło równać się popularnością z tym Schumachera. Pragnę przedstawić kilka tych najgłosniejszych.

Michael Jordan odchodził dwukrotnie. Pierwszy raz 6.X.1993r., po 9 sezonach spędzonych w Chicago Bulls. Bynajmniej nie oznaczało to zakończenia jego sportowej kariery. Chcąc spełnić marzenie zmarłego ojca, MJ pragnie spróbować swych sił w baseballu. 7 lutego 1994 roku, Jordan zostaje zawodnikiem Chicago White Sox, którego właścicielem jest Jerry Reinsdorf, szefujący także Bykom. Jednak niewystarczające do gry w MLB umiejętności sprawiają, że His Airness wylądował 2 klasy rozgrywkowe niżej, w klubie filialnym Sox'ów, Birmingham Barons. Przygoda Jordana z tym sportem trwała jednak krótko, bo do marca 1995. W tym samym roku powrócił on do Bulls. Z nim w składzie, Byki sięgnęły po 3 tytuły mistrzowskie z rzędu, a sam Jordan z sześcioma sygnetami za mistrzostwo ligi NBA odszedł na emeryturę.

Wilka ciągnie jednak do lasu. W sezonie 2001/2002 Michael powraca po raz kolejny, tym razem reprezentując Washington Wizards. Mimo dobrej postawy Jordana, zespół ten okazał się za słaby, by w przeciągu 2 lat awansować do Play-Off. Michael Jordan zakończył karierę w roku 2003, w wieku 40 lat.

 

Lance Armstrong, podobnie jak Jordan odchodził i powracał dwukrotnie. Różnica jest taka, że pierwsza przerwa Lance'a była wymuszona. Jego brawurowo rozwijająca się kariera została przerwana w roku 1996 brutalnym wyrokiem - u Armstronga wykryto raka jądra. Amerykanin ani myślał poddać się. Przeszedł 2 operacje i 4 cykle chemioterapii, które pozwoliły wrócić mu do życia i sportu. Kuracja ta wykluczyła go na cały sezon 1997, jednak już w 1998r. rozpoczął on swój powrót na szczyt. W 2005 roku, po siódmym z rzędu tryumfie w Tour de France ogłosił on zakończenie sportowej kariery. W tym postanowieniu wytrwał 3,5 roku, aż we wrześniu 2008 w Nowym Jorku ogłosił swój powrót. W roku 2009 roku reprezentował barwy Kazachskiej Astany z którą zajął 3 miejsce w TdF, a od tego roku jeździ w ekipie Radioshack.

 

Hermann Maier dwukrotnie otarł się o śmierć. Austriak mimo swoich wielkich, niezliczonych sukcesów przez wiele lat kojarzony był głównie z makabrycznym, koszmarnym upadkiem na olimpijskiej trasie w Nagano. Ludzie, którzy widzieli na żywo sytuację podczas zjazdu na IO w 1998 roku do tej pory zastanawiają się jak narciarz wyszedł z tego wypadku cało. Mało tego, zaledwie kilka dni później w slalomie gigancie zdobył we wspaniałym stylu złoty medal! Jednak słynny Herminator na własnej skórze przekonał się, że suma szczęścia równa się zwykle zero. Rok 2001. Maier jedzie autostradą z Obertauren do Flachau na swoim nowym Harleyu Davidsonie. Do celu nie dane było mu dotrzeć. Zderzenie z Mercedesem, noga uderza o zderzak samochodu, narciarz wraz ze swoim motocyklem ląduje kilkanaście metrów dalej w rowie. Lekarze nie zastanawiają się teraz, czy Austriak wystartuje na Igrzyskach w Salt Lake City. Pytanie brzmi - czy da się uniknąć amputacji? Maier miał otwarte złamanie, pozrywaną większość mięśni, więzadeł i ścięgien. W pewnym momencie trwała nawet walka o życie Austriaka, gdy ten znajdował się w śpiączce. Operacja trwała 7 godzin, a Herminator na stole operacyjnym, jeszcze przed zabiegiem błagał lekarzy, by uratowali jego nogę. Po 1,5 roku, z dziesiątkami śrub w zniekształconej nodze wraca on jednak na stok. W sezonie 2003/2004 zdobył kryształową kulę za tryumf w Pucharze Świata, wyśrubował liczbę liczbę zwycięstw w nim do 54, zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, a także srebrny i brązowy medal Igrzysk w Turynie.

 

W ostatnich latach powracali również m.in. - Ronaldo, Kim Clijsters, Justine Henin, Janne Ahonen, Hannu Manninen, Felix Gottwald, Mario Lemieux, Alex Zanardi (O tym powrocie wspomnę niebawem w osobnej notce).

 

Powroty wielkich są rzeczą pożądaną w dzisiejszym sporcie. Przynoszą ze sobą potężny wzrost zainteresowania ze strony fanów, co w jasny sposób przekłada się na pieniądze ze sprzedanych biletów, pamiątek, praw telewizyjnych itp. Trudno doszukać się minusów takich sytuacji ze strony marketingowej czy kibicowskiej. Jednak patrząc z perspektywy sportowca, ryzyko jest duże. Szacunek, na który pracowali latami, tytuły, osiągnięcia, opinia wśrod fachowców i kibiców - to wszystko może znaleźć się w cieniu nieudanego come-back'u. Wszak nie każdy powrót może być tak udany, jak powyżej przytoczone. Zatem sportowcom, którzy zdają sobie sprawę z tego, ile mają do stracenia, a mimo wszystko ryzykują, należy się wielkie uznanie.

wtorek, 13 października 2009
(Nie)Dzielni samurajowie.

Japonia – kraj kwitnącej wiśni. Druga potęga gospodarcza świata. Kraj niesamowicie rozwinięty, wybiegający daleko poza standardy europejskie. Państwo jakże związane z F1, poprzez sponsoring, organizację wyścigów, wreszcie czynnie w niej uczestniczące, zarówno dzięki koncernom (dziś już wypadałoby napisać – koncernowi, po wycofaniu się Hondy) wystawiającym swe zespoły, jak i występującym w niej kierowcom. I właśnie pod kątem tych drugich chciałbym dzisiaj rozpatrzyć Japonię jako państwo - uczestnika wyścigów Formuły 1.

A więc, zgodnie z chronologiczną kolejnością, rozpatrzmy, kto do tej pory reprezentował kraj kwitnącej wiśni w kolorowej stawce bolidów, począwszy od lat 80.-tych XX wieku.

Satoru Nakajima (Lotus 1987-1989, Tyrrel 1990-1991) – Pierwszy Japończyk w F1, który dostał w niej stały etat. Zatrudnienie w niej znalazł głównie dzięki fenomenalnym wynikom w Formule Nippon – był pięciokrotnym mistrzem tej serii, ale także dzięki umowie Lotusa z Hondą, dotyczącej dostarczania jednostek napędowych po niższej cenie. Debiutant za partnera zespołowego miał nie byle kogo – samego Ayrtona Sennę. Przy wynikach Brazylijczyka, 7 punktów jakie zdobył w sezonie ’87 Japończyk wyglądało dość śmiesznie. W przyszłości okaże się jednak, że był to najlepszy sezon ojca Kazukiego Nakajimy. W kolejnych dwóch sezonach spędzonych w ekipie Lotusa, parterem Satoru był już inny Brazylijczyk – Nelson Piquet. Także jego tempo było dla naszego bohatera nieosiągalne. W 1990 roku, Satoru zamienił słabego Lotusa na Tyrrella, gdzie spędził 2 sezony, u boku odpowiednio Jeana Alesi i  Stefano Modeny. Dla tego teamu, Satoru udało się zdobyć 5 punktów. Po zakończeniu przygody z F1, Satoru ścigał się w innych seriach wyścigowych, bez większych sukcesów. Obecnie prowadzi zespół w Formule Nippon. W ciągu 5 sezonów w F1, Nakajima przejechał 75 wyścigów, zdobył 16 punktów.

Aguri Suzuki (Lola 1988, 1990-1991 (Larrousse), Zakspeed 1989, Footwark 1992-1993, Jordan 1994, Ligier 1995) -   Zadebiutował podczas GP Japonii 1988r. Dwa lata później, także w domowym wyścigu, został pierwszym Japończykiem który stanął na podium – zajął 3-cie miejsce. Karierę zakończył w Ligierze, w sezonie 1995, a ostatnim jego wyścigiem było – a jakże – GP Japonii. Od 2006 roku prowadził własny zespół F1, Super Aguri. Team skończył działalność przed GP Turcji w sezonie 2008. Suzuki wystąpił w 66 wyścigach, zdobywając 8 punktów i raz stając na podium.

Ukyo Katayama (Larrousse 1992, Tyrrell 1993-1996, Minardi 1997) – Mistrzem Japońskiej Formuły 3 z  1991 roku, bardzo zainteresował się Gerard Larrousse, co w 1992 roku przełożyło się na angaż w F1.  Katayama zadebiutował w GP RPA, w którym zajął 12 miejsce. W całym debiutanckim sezonie nie udało się jednak Ukyo zdobył nawet punktu. W następnym sezonie za sprawą Japan Tobacco (producenta m.in. papierosów Camel) przeszedł do słabnącego Tyrrella. Pierwszy sezon w jego barwach był tragiczny – Japończyk nie ukończył 11 na 16 wyścigów. Sezon 1994 poniekąd można uznać za bardziej udany – 5 punktów i 17 pozycja na koniec sezonu. Mogło być jednak znacznie lepiej, bo Katayama na 17 wyścigów, ukończył, uwaga ... 4! W ciągu kolejnych 3 sezonów w F1, Ukyo nie udało się zdobyć nawet jednego oczka. Ostatecznie po sezonie 1997 zakończył przygodę z F1, z szokującą statystyką – na 95 startów, zaledwie 33 razy dojechał do mety. Awarie, awarie, awarie...

W sezonie 1993, epizod w zespole Larrousse zaliczył Toshio Suzuki. Samochodem Larrouse – Lamborghini LH-93 przejechał 2 wyścigi – GP Australii i Japonii.

Taki Inoue (Simtek 1994, Footwark 1995) – wziął udział w 18 wyścigach, nie zdobywając w nich nawet punktu. Nie ma więc o czym pisać? – jest, jak najbardziej. Podczas sesji treningowej przed Grand Prix Monako w 1995 doszło do kuriozalnej sytuacji. Gdy zgaszone auto Inoue było holowane do boksów, zostało uderzone przez Safety Car, co spowodowało kilkukrotne przekoziołkowanie bolidu i uderzenie w bariery. SC był prowadzony przez Jeana Ragnottiego. Kilka wyścigów później, podczas Grand Prix Węgier, na 13 okrążeniu doszło do zapalenie samochodu Takiego, spowodowanego podwyższonym ciśnieniem oleju. W trakcie jego gaszenia, w Inoue, pomagającego służbom porządkowym, wjechał samochód, który...miał go zabrać z toru! W wyniku zdarzenia kierowca złamał nogę, zdołał się jednak wykurować do kolejnych wyścigów.

Kolejny Japończyk i kolejny epizod w Larrousse – Hideki Noda, zaliczył 3 występy w F1, w sezonie 1994. Dzięki dużemu budżetowi, jakim dysponował, został wybrany na następcę Francuza, Yannicka Dalmasa na ostatnie wyścigi cyklu.

Shinji Nakano (Prost 1997, Minardi 1998) – Głównym powodem debiutu tego zawodnika w F1 była umowa między stajnią Prosta a Hondą-Mugen na dostarczenie silników. Po sezonie, w którym jego zdobyczą padły 2 oczka, przeniósł się, również za sprawą Japońskiego giganta do Minardi. Jego licznik występów w GP zakończył działalność na liczbie 33. Punkty : 2.

Toranosuke Takagi (Tyrrell 1998, Arrows 1999) – Startów 32, punktów – 0.

Takuma Sato (Jordan 2002, BAR 2003-2005, Super Aguri 2006-2008) – Początki kariery tego bodaj najlepszego Japońskiego kierowcy w Formule 1 nie były łatwe. W 2002 roku, dzięki wsparciu Hondy, Sato otrzymał angaż w stajni Eddiego Jordana. Zdobył nawet punkty za 5 miejsce w Grand Prix Japonii. Wśród rywali nie zyskał sobie jednak dobrej opinii, głównie dzięki częstym incydentom wyścigowym z jego udziałem. Rok później, został testerem ekipy British-American Racing, a w ostatnim wyścigu sezonu zastąpił Jacques’a Villeneuve’a. Podczas deszczowego i chaotycznego GP Brazylii, Takuma zajął 6 miejsce. Rok 2004 to stały etat w ekipie BAR i pierwsze podium – 3 miejsce w GP USA. Ogólnie sezon zakończył na 8 miejscu w generalce, gromadząc 34 punkty i wnosząc wkład w wicemistrzostwo konstruktorów dla swojej ekipy. Rok 2005 to jednak kompromitacja Sato. Jeden punkt, przy 37 jego partnera z zespołu, Jensona Buttona chwały mu nie przyniósł. Gdy BAR przekształcił się w fabryczny zespół Hondy, zrezygnował z usług Takumy i zastąpił go Rubensem Barichello. Lata 2006, 2007 i kilka pierwszych wyścigów sezonu 2008 to starty Sato w ekipie Super Aguri. Najlepszą pozycją wywalczoną przez niego była 6. Ogólnie, Sato nie udało dobić się do 100 wyścigów w F1. Przejechał ich 90, zdobywając 44 oczka.

Sakon Yamamoto (Jordan 2005, Super Aguri 2006, Spyker 2007) – Zapamiętany głównie ze względu na ilość incydentów z jego udziałem. W F1 zaliczył 14 startów, nie zdobywając żadnego punktu.

Yuji Ide (Super Aguri 2006) – W sezonie 2006, Ide został zakontraktowany przez Aguriego Suzuki, jako jeden z etatowych kierowców, obok Takumy Sato. Jego przygoda z F1 trwała jednak zaledwie 4 wyścigi, po tym, jak FIA...odebrała mu super licencję. Przyczyniła się do tego tragiczna postawa Ide na torze, przez którą stwarzał realne zagrożenie pozostałym zawodnikom. Został zastąpiony przez Francka Montagny.

Kazuki Nakajima (Williams 2007-?) – Syn Satoru Nakajimy w Formule 1 zadebiutował w sezonie 2007, w stajni Franka Williamsa. Jak w przypadku wielu jego japońskich poprzedników, główną rolę w tym wydarzeniu odegrała umowa, między Toyotą a Williamsem, dotycząca warunków dostarczania jednostek napędowych. Na rok 2008, Kazuki wyznaczony został drugim kierowcą teamu, obok Nico Rosberga. I tak jak jego zacni rodacy w latach ubiegłych, wsławił się głównie niweczeniem wysiłku innych kierowców, poprzez stłuczki z nimi (vide Robert Kubica, Fernando Alonso). Niesprawiedliwie byłoby jednak nie wspomnieć o tym, że Nakajima w ubiegłym sezonie pięciokrotnie zdobywał punkty, tyle samo razy co Rosberg. Sezon 2009 jest jednak rozczarowaniem. Do końca dwa wyścigi, a Nakajima jest jedynym kierowcą, który ma w dorobku starty do wszystkich eliminacji, a równocześnie nie zdobył nawet punktu. Jego przyszłość w F1 stoi więc pod ogromnym znakiem zapytania, tym bardziej, że w przyszłym roku zespół Williams nie będzie już korzystał z silników Toyoty.

W przyszłą niedzielę, w Formule 1 zadebiutuje kolejny Japończyk – Kamui Kobayashi, kierowca testowy Toyoty. Zastąpi on kontuzjowanego po wypadku na Suzuce Timo Glocka.

 

Przyszły sezon może okazać się pierwszym od wielu lat, w którym nie uświadczymy kierowcy z Japonii. Wydaje się, że Nakajima i Kobayashi nie mają zbytnich szans na angaż, a także nie słychać nic o ewentualnym zatrudnieniu Sato, przez którąś z nowych ekip, o czym informowały zagraniczne media. Czy wobec braku reprezentanta kraju kwitnącej wiśni w stawce F1, my – jako kibice, a także sam padock wyścigowy, stracimy? Analizując powyższe wizytówki kierowców odpowiedź wydaje się być prosta. Po prostu kraj ten nie doczekał się jeszcze talentu na miarę walki o najwyższe trofea. Liczba nazwisk jest mylna – nie jest tak, że spod góry Fuji co rusz wyjawia się niezwykły kierowca, o którego bije się połowa ekip. Wielkie zaplecze finansowe, wsparcie motoryzacyjnych gigantów – to w ostatnich latach decydowało o fotelu wyścigowym w tym przypadku. Wydaje się, że teraz jedynie szefostwu Toyoty może zależeć na starcie w F1 ich rodaka, a i to niezbyt pewne. Spójrzmy z drugiej strony choćby na Force India – Vijay Mallya mówi otwarcie – w jego zespole nie pojawi się żaden Hindus, dopóki któryś nie osiągnie odpowiedniego do startów w Formule 1 poziomu. I to jest zdrowe podejście, a zarazem wielka mobilizacja do pracy dla młodych kierowców z Indii. Bo ilość nie zawsze przechodzi w jakość.   

niedziela, 11 października 2009
Historia lubi się powtarzać. Niestety.

Za tydzień o tej samej porze ze zniecierpliwieniem oczekiwać będziemy startu wyścigu na torze Interlagos, przedostatniej eliminacji tegorocznych mistrzostw świata Formuły 1. Wyścig ten może, ale niekoniecznie musi, przynieść decydujące rozstrzygnięcia w kwestii walki o tytuł mistrza świata. Przypomnijmy sobie może sytuację w klasyfikacji kierowców na tę chwilę :

1. Jenson Button (BrawnGP/Wielka Brytania)  85 pkt.

2. Rubens Barichello (BrawnGP/Brazylia)        71 pkt.

3. Sebastian Vettel (Red Bull Racing/Niemcy)   69 pkt.

Prawda, że coś nam to przypomina?

Sezon 2007. Jakże odległy wydaje się nam dziś. A jednak wydarzyło się w nim coś, co sprawia, że nie jesteśmy w stanie o nim zapomnieć. Wszystko to dzięki sytuacji, jakże podobnej do tej, której świadkami jesteśmy dziś. Do końca sezonu pozostają dwa wyścigi : GP Chin i Brazylii. Sytuacja w klasyfikacji generalnej przedstawia się następująco :

1

Lewis Hamilton (McLaren/Wielka Brytania)

107
2 Fernando Alonso (McLaren/Hiszpania) 95
3

Kimi Raikkonen (Ferrari/Finlandia)

90

Na czele, z wydawałoby się komfortową przewagą, ówczesny debiutant, Anglik Lewis Hamilton. Za jego plecami z pokaźną już stratą "kolega" z teamu (do koleżeństwa między Lewisem a Fernando było naprawdę daleko), Alonso. Trzecim kierowcą mającym jeszcze iluzoryczne szanse na tytuł mistrzowski był "Iceman".

Jest 7 października 2007 roku. Dzień wcześniej, najlepszy w kwalifikacjach okazał się Hamilton. Idealna więc okazja by postawić kropkę nad "i" i przypieczętować tytuł. Tytuł zdobyty w debiutanckim sezonie startów! Nie muszę chyba tłumaczyć, jak wielka presja spoczywała na Angliku. W dodatku aura postanowiła nie ułatwiać mu zadania. Weekend na torze Shanghai Internacional Circuit stał pod znakiem calkowitego zachmurzenia i przelotnych opadów deszczu. Mimo wszystko, konia z rzędem temu, kto przed startem do tego wyścigu nie uznał Lewisa mistrzem świata '2007. Na 30 okrążeniu czarnoskóry lider MŚ ugrzązł w żwirze, nieopodal wjazdu do Pitlane. Hamilton zjeżdżał do boksu po świeży komplet opon, gdyż stan jego ogumienia był w tragicznym stanie, także dzięki niepotrzebnej walce z Kimim Raikkonenem o prowadzenie. Raikkonen tym samym wygrał wyścig, a Alonso przyjechał drugi. Obaj znacznie zredukowali stratę punktową przed ostatnim wyścigiem sezonu.

Po raz pierwszy od lat walka o tytuł rozstrzygnęła się w ostatnim wyścigu sezonu. Ostatni taki przypadek miał miejsce w 2003 roku, gdy na japońskim torze Suzuka o tytuł walczyli ze sobą Michael Schumacher i... Kimi Raikkonen. Jednak w tym sezonie nie dwóch, a trzech kierowców miało szanse na zdobycie tytułu mistrza świata przed ostatnim wyścigiem.

Po kwalifikacjach, Hamilton znów był w uprzywilejowanej sytuacji. Startował z 2 pola, podczas gdy Raikkonen i Alonso tworzyli drugą linię. Start wyścigu Ferrari rozegrało doskonale. Jak z katapulty ruszył Massa, jednocześnie blokując Hamiltona, dzięki czemu obok niego śmignął Kimi, a także Alonso. Hamiltonowi do zwycięstwa w mistrzostwach wystarczały w tym momencie 2-3 punkty. On jednak tak nie kalkulował. Rzucił się w szalony pościg za Hiszpanem i...właśnie. Nerwy wzięły górę, czwarty zakręt toru Interlagos przestrzelony, Hamilton spada aż o 4 kolejne miejsca, na pozycję numer osiem. Nie wszystko jeszcze dla Anglika stracone. Wszak w wyścigu prowadzi Massa, a Lewis, jakby nie patrzeć jedzie po punkt. Byłoby to jednak zbyt niebezpieczne myślenie. Hamilton o tym wiedział i z miejsca wziął się za odrabianie strat. bez problemu minął Toyotę Jarno Trullego, a kilka kółek później był już przed Nickiem Heidfeldem. I wtedy zdarzyło się coś, co odebrało Lewisowi mistrzostwo. Jego bolid zwolnił, zjechał na pobocze toru. Wydawało się, że to koniec, że awarii uległa skrzynia biegów. I w tym właśnie momencie jego problemy zniknęły tak szybko, jak się pojawiły! Lewis wraca na tor, ale na 18 pozycji. Ferrari natychmiast zwietrzyło swoją szansę na tytuł mistrzowski. Oba czerwone bolidy narzuciły niesamowite tempo, gubiąc po drodze Alonso. Dzięki taktyce dłuższego pozostania na torze, po drugim pitstopie Kimi znalazł się przed Felipe Massą i mógł świętować tytuł Mistrza Świata, ponieważ szalejący w drugiej części stawki Hamilton dojechał na metę ostatecznie na pozycji 7. (Raikkonen 110 pkt, Hamilton i Alonso 109 pkt.) 

Kimi świętuje zdobycie tytułu Mistrza Świata.

W tak dramatycznych okolicznościach mistrzostwo przegrał Lewis Hamilton. Przegrał nie tyle z rywalami, co z samym sobą. Ogromna presja jaka ciążyła na tym młodym człowieku, oczekiwania milionów brytyjskich kibiców, spragnionych mistrzostwa świata, czy choćby konflikt z partnerem zespołowym - to wszystko zadziałało na psychikę Anglika, powodując tym samym głupie błędy na torze.

A teraz spójrzmy jeszcze raz na klasyfikację generalną sezonu 2009. Na czele Anglik, za nim kolega z zespołu, przewaga kilkunastu punktów, a trzeci zawodnik traci 2 oczka do wicelidera... Deja Vu? Być może, ale Jenson to nie Lewis, na szczęście. A co sam zainteresowany mówi na ten temat? "Nie spieprzę tego jak Lewis!" - w tych oto krótkich słowach odniósł się do sytuacji. I ja go trzymam za słowo.

Na koniec, nauczony doświadczeniem, pragnę wygłosić krótki apel - Jeżeli Jensonowi uda się zdobyć Pole Position na torze Interlagos, nie obwołujmy go mistrzem świata już w sobotni wieczór.

piątek, 09 października 2009
Wódka, Sokół i syn premiera - Polska w Formule 1.

Polska i Formuła 1. Bądźmy szczerzy, gdyby nie osoba Roberta Kubicy, większość ludzi w wyścigowym padocku nie byłaby w stanie pewnie powiedzieć niczego o naszym kraju. Bo smutną prawdą jest, że Polska do roku 2006 była bardzo "odporna" na F1. Nim Robert pojawił się w tym biznesie, w bolidach zasiadali przedstawiciele 35 krajów, w tym tak egzotycznych jak Indie, Maroko, Indonezja, Malezja czy...Zimbabwe (wówczas Rodezja)! Patrząc jedynie na Europę Wschodnią, uprzedzili nas najpierw Czesi (na początku XXI wieku w stajni Alaina Prosta epizod zaliczył Tomas Enge) a następnie także Węgrzy (Zsolt Baumgartner uczestniczył w 20 wyścigach dla Jordana i Minardi). Rosjanie z kolei, poszli jeszcze krok dalej, wystawiając do wyścigowych zmagań swój zespół. W roku 2006 na rosyjskiej licencji w F1 startowała ekipa Midland. Prócz tego, od wielu już przecież lat wyścig na Hungaroringu pod Budapesztem stanowił eliminację mistrzostw świata. Na szczęście dziś możemy się już pochwalić chyba największym dobrem możliwym w tym sporcie - etatowym kierowcą. A czy w przeszłości w Formule 1 pojawiały się jakieś inne polskie wątki? Sprawdźmy.

W mej poprzedniej notce udowadniałem, że nim świat usłyszał o Robercie Kubicy, inny nasz rodak, Jarosław Wierczuk, stanął przed szansą angażu w zespole F1, Forti. Był to zarazem pierwszy taki przypadek w historii, natomiast wbrew pozorom nie pierwsza przejażdżka Polaka w samochodzie Formuły 1. Dla ludzi, którzy na ideę zorganizowania w naszym kraju wyścigu F1 reagują ironicznym uśmiechem, krótka informacja - otóż nasz kraj był już niegdyś bliski organizacji tego typu przedsięwziecia. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, ówczesnym władzom F1 zależało na organizacji wyścigu w kraju Europy Wschodniej. Jedną z możliwych lokalizacji był tor w Poznaniu, spełniający ówczesne wymogi. Aby pokazać Polakom "z czym się je" Formułę 1, przywieziono na tor bolid Kanadyjskiego zespołu Wolf. Bolidem tym, w roku 1977, Jody Scheckter, południowoafrykański kierowca wygrał 3 wyścigi o MŚ. Za kierownicą zasiadł syn Piotra Jaroszewicza, w latach 1970-1980 premiera PRL-u, Andrzej. Prywatnie był on przyjacielem szefa teamu, Waltera Wolfa.

Andrzej Jaroszewicz w bolidzie Wolf WR1

Z zespołem Forti Corse, prócz wspomnianych testów Wierczuka wiąże się jeszcze jedna historia z Polską w tle. W drugiej połowie sezonu 1996, na samochodach prowadzonych przez Lukę Badoera i Andreę Monterminiego można było dostrzec reklamę "Sokół Helicopters". Była ona umiejscowiona na tylnym spojlerze. Sponsor zespołu, Belco Avia, miała mocne powiązania z zakładami PZL w Świdniku, więc postanowiła wypromować wyrób polskiego przemysłu lotniczego - śmigłowiec W-3 Sokół.

Bolid Forti z roku 1996, z reklamą "Sokół Helicopters"

Maleńki polski akcent pojawił się także w latach siedemdziesiątych na legendarnym ulicznym torze w Księstwie Monaco. Obok wszechobecnych banerów Martini, pojawiały się również te reklamujące wódkę Wyborową.

Divina Galica - pani o tym swojsko brzmiącym nazwisku była jedną z pięciu kobiet, które próbowały swych sił w Formule 1. Wystartowała ona w 3 eliminacjach - w 1976 roku za kierownicą bolidu Surtees nie zakwalifikowała się do GP Wielkiej Brytanii, a dwa lata poźniej nie udała jej sie ta sama sztuka w GP Argentyny i Brazylii, już za kierownicą Hesketha. Ciekawostką jest fakt, że Divina była przed rozpoczęciem kariery wyścigowej reprezentantką Wielkiej Brytanii...na 3 zimowych Igrzyskach Olimpijskich w konkurencjach alpejskich! Ojcem Galici był Polak.

Dużo bardziej znaną postacią w świecie F1 jest za to Emerson Fittipaldi. Wszak to dwukrotny mistrz świata z lat 1972 i 1974 w stajniach, odpowiednio, Lotusa i McLarena. "El Rato" jest synem brazylijskiego dziennikarza sportów motorowych i Polki, Józefy Wojciechowskiej.

Analizując i opisując wyżej wymienione sytuacje i postaci, dochodzę do wniosku, że to wspaniała rzecz moć oglądać naszego rodaka w tym elitarnym sporcie. A w przyszłości, kto wie - może i my doczekamy się organizacji wyścigu, czy zespołu wyścigowego...Pomarzyć warto. Kolejny wpis niebawem.

czwartek, 08 października 2009
Kubica nie był pierwszy...

Przenieśmy się na moment w przeszłość. W piątek, 4 sierpnia roku 2006, dwiema sesjami treningowymi został zainaugurowany trzynasty wyścigowy weekend Formuły 1 w sezonie 2006, a 634 w historii walki o mistrzostwo F1. Weekend ten był szczególny dla nas, fanów królowej sportów motorowych w Polsce. Dlaczego - wszyscy doskonale pamiętamy. Pierwszy raz w historii kierowca rodem z Polski został zgłoszony do weekendu wyścigowego jako pełnoprawny uczestnik wszystkich 3 sesji treningowych, kwalifikacji i rzecz jasna wyścigu. 6 sierpnia 2006 roku, parę minut po godzinie 14.00, z 9 pola startowego na torze Hungaroring do walki o punkty mistrzostw świata Formuły 1 ruszył Robert Kubica, reprezentant teamu BMW Sauber. Był to niezwykle istotny moment w historii nie tylko naszego sportu. Drzwi, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawały się być zamknięte dla kierowców z tej części świata, otworzyły się już na oścież i to bez skrzypienia. Co prawda pod tym względem wyprzedzili nas Czesi (Tomas Enge) i Węgrzy (Zsolt Baumgartner), ale to pojawienie się Polaka w tej elitarnej dyscyplinie nie pozostawiło wątpliwości, że na naszych oczach Formuła 1 poszerza granice swego funkcjonowania.  Mało kto jednak pamięta, że owe drzwi do niej zostały uchylone wiele lat wcześniej, przez innego naszego rodaka. Wejść do wyścigowego raju się jednak nie udało. 

Końcówka roku 1995. Zespół F1, Forti Corse, po wręcz fatalnym debiutanckim sezonie i z dwoma wolnymi fotelami wyścigowymi, organizuje testy na włoskim torze Autodromo dell’Umbria Magione. Wcześniej, z ekipy dowodzonej przez Guido Fortiego odeszli dwaj etatowi kierowcy: Pedro Diniz i Roberto Moreno. W związku z odejściem tego pierwszego, ze sponsorowania zespołu zrezygnował sponsor strategiczny, Parmalat. Zespół z solidnym budżetem i niezłą ekipą projektantów spisywał się w sezonie '95 wręcz katastrofalnie. Bolid zespołu, FG01-95 był strasznie awaryjny i wolny. Efektem tego był zerowy dorobek punktowy teamu w ciągu całego sezonu i postawa gorsza od zespołów uważanych za outsiderów, takich jak Minardi, Simtek czy Pacific. I na testy do tego właśnie zespołu zaproszony został niespełna 19-letni Polak, Jarosław Wierczuk. Prócz niego w testech zespołu udział brali m.in : Andrea Montermini, Giovanni Lavaggi, Luca Badoer i Vittorio Zoboli, oraz Francuz Franck Lagorce. Większość z tych panów miała już doświadczenie z jazdy bolidami F1. Być może to było kwestią decydującą w wyborze Guido Fortiego. Postanowił on, że kierowcami zespołu zostaną Montermini i Badoer, a testerem Lagorce. Przy okazji tych wspominek trzeba wspomnieć, że ważną rolę w przygodzie Wierczuka z Forti odegrał jego ojciec, który nie skąpił grosza na karierę syna. To jednak nie wystarczyło. Wierczuk w następnych latach bez powodzenia startował w niższych seriach wyścigowych, m.in. niemieckiej Formule 3 czy japońskiej Formule Nippon. Po zakończeniu kariery sportowej, Jarosław Wierczuk, prywatnie absolwent Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu w Warszawie postawił na karierę polityka.

Jarosław Wierczuk podczas jazd testowych bolidem Forti FG01-95.